Na początku września byłem w Mursichlach k/Zakopanego, aby pochodzić po ukochanych Tatrach. Pochodzić, popatrzeć, nasycić wzrok i duszę wrażeniami. Będąc na szlaku do Doliny Małej Łąki, prawie pustej, miałem czas na chwilę refleksji. Zastanawiałem, co się właściwie stało, że nie tylko na Giewont, do kolejki na Kasprowy, ale na Rysy, Zawrat, Małączniaka, stoją tasiemcowe kolejki. Co sprawia, że ludzie wyposażeni w sprzęt z Decathlonu, jakby reklamowali najpopularniejszy sportowy market, znajdują przyjemność w kilkugodzinnym staniu w kolejce, zupełnie na zastanawiając się, że pozbawiają się przeżycia tego, co najpiękniejsze, a więc dostrzegania piękna gór. Dostrzegania tego co najpiękniejsze. Zatrzymania się na szlaku. Patrzenia i dostrzegania niczym malarz lub fotograf zmienności gór. Dostrzeżenia ich majestatu. Grozy. Chłonięcia owego piękna. Dania sobie czasu, aby je przeżywać. Tymczasem w większości ludzie gnają przez Tatry, jak do pracy w mieście. Często wpatrzeni w smartfony. Gdzie tu czas na eksplorację gór? Dziś trzeba zaliczyć Rysy, Zawrat, Czerwone Wierchy. Zrobić zdjęcie i po kilkugodzinnym staniu, śpieszą się, aby jak najszybciej zejść. To tak jakby stali w kolejce do muzeum, w którym wystawiono Giocondę Leonarda lub Dziewczynę z Perłą Vermeera, tylko po to, żeby zobaczyć, zaliczyć i wyjść. Nie mają nawet chwili więcej czasu, aby dokładnie przyjrzeć się arcydziełom. Mało tego. Stając w kilkugodzinnych kolejkach do jednego obrazu nie mają czasu na zobaczenie innych arcydzieł wiszących na wystawie w muzeum. Nie. Na to nie pozwala nie tyle czas, ile stojąca za nimi kolejka. Podobnie jest w górach. Gdy więc już dotrą do szczytu, to zdjęcia, krótkie popatrzenie na panoramę gór i trzeba schodzić. Nie można dać sobie czasu na zatrzymanie, aby nasycić się widokiem, pięknem. Chłonąć majestat Tatr. Nie można dać sobie czasu na studiowanie panoramy gór. Fascynującej grze światła. Zobaczenia jak światło zmienia barwę skał. Raz widać ostro źleby, innym razem to szare, martwe i zimne granity. Wystarczy, że słońce schowa się za chmury i kolor gór się zmienia. Nie ma czasu, aby zapytać samego siebie, kim jestem wobec ich potęgi. Nie. Góra zaliczona, zdjęcie zrobione i to wszystko. Kiedyś, gdy dopiero rodziła się turystyka tatrzańska, ludzie szli w góry z przewodnikami na całe dnie a nawet noce. Nocowali w szałasach. Pozwalało to na przeżycia w pełni bycia w górach. Poczuć ich grozę wręcz namacalnie. Przeżyć przygodę będąc pod opieką tatrzańskich przewodników lub samych górali. Dziś mówi nam wszystko internet. Owszem aplikacje nam ułatwiają chodzenie po szlakach, ale zabierają ducha. Ducha powolnego podziwiania majestatu gór. Czy więc to gromadne chodzenie w Tatry, nawet na najwyższe szczyty to pasja, czy moda i owczy pęd? Bez doznawania zachwytu nad pięknem gór, ale i uznaniem dla pokonania własnych słabości, a nie raz uznaniem konieczności zejścia ze szlaku, staje się powoli modą i owczym pędem.
Na początku lipca wykupiłem bilet na dowóz na lotnisko. Przyszedł więc upragniony dzień wyjazdu. Na godzinę 2:00 w nocy zaplanowany był przyjazd busa. Nikt jednak nie odezwał się czy bus ma ewentualne opóźnienie o 15 minut i jest już w drodze. Nic z tych rzeczy. Głuchy telefon. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy zabukowałem przewóz w odpowiedniej firmie. Wszystko się zgadzało. Nieco spokojniejszy wyszedłem z domu i podczas ciepłej letniej nocy cierpliwie czekałem na rzeczony bus. Jednak moja cierpliwość miała być tej nocy wystawiona na ciężką próbę. Po godzinie 2:00 zadzwoniłem więc do firmy i usłyszałem, że bus zaraz przyjedzie. Owo zaraz przeciągnęło się do godz. 2:30. Zadzwoniłem więc po raz drugi i usłyszałem, że nie mogą się dodzwonić do kierowcy. Czekałem więc, choć coraz bardziej zacząłem wątpić, czy moje czekanie na coś się zda. Zadzwonił telefon. Uradowany mówię słucham. W odpowiedzi słyszę, że kierowca gdzieś się podział, i za pół godziny przyjedzie po mnie...
Komentarze
Prześlij komentarz