Przejdź do głównej zawartości

De javu

   Dawno tutaj nie pisałem. Jednak dziś postanowiłem napisać. Przeżyłem  bowiem de javu i miałem wrażenie, że znów znalazłem się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to władze różnych szczebli wzajemnie się nagradzały i odznaczały a szeregowi członkowie robili za klakierów. Myślałem że tamte czasy raz na zawsze pożegnaliśmy. Przekonałem się jak bardzo się myliłem. Wczoraj wziąłem udział w zebraniu delegatów organizacji w Gdańsku. Zebranie podsumowujące kolejną kadencję działalności. Sprawozdanie Prezydium przeszło gładko. Nawet nie głosowano nad jego przyjęciem, ale co tam. Wszyscy się przecież zgadzają, choc nikt nie zabrał głosu. A może po prostu nikt się nie ośmielił, skoro Prezydium wie najlepiej. Do tego stopnia, że nawet nie pytało o przegłosowanie sprawozdania, co jest wymogiem formalnym, aby sprawozdanie przyjąć. Stwierdzono, prawie że a priori, że nikt nie chce zabrać głosu, zatem sprawozdanie przegłosowano nie głosując nad nim. Jakie do polskie. A gdzie protokół z posiedzenia.  Przypomniało mi się owe twierdzenie "wiecie towarzyszu, partia wie co robi. Wie najlepiej". Zatem lepiej głosu nie zabierać, choćby w kwestii formalnej. Biuro lepiej wie? Jednak bynajmniej na tym nie zakończyło się moje de javu. Śmiem twierdzić, że w momencie wzajemnych podziękowań, nagradzania i odznaczania dopiero w całej okazałości zaistniało. Podczas owych hołdów i wyrazów wdzięczności   dowiedziałem się skądinąd, że przewodniczący tej zacnej organizacji jest zarazem wiceprzewodniczącym w kilku innych organizacjach. Nie wiem jak to robi i jak znajduje czas, ale nie moja to sprawa. Znaki zapytania jednak pozostają. Wróciłem do rzeczywistości wychodząc z tego zebrania wprost na rozgrzaną od upału jak piekarnik ulicę.  Wieczorem wróciłem do domu. Jednak myśli po co mi udział w takim czymś i na co, pozostały. Odejście byłoby z mojej strony aktem kapitulacji. Trzeba zostać choćby po to, aby dać do zrozumienia zarządzającym, że   więcej owego de javu nie zamierzam przeżywać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Strzeżcie się...nierzetelnych firm przewozowych

   Na początku lipca wykupiłem bilet na dowóz na lotnisko. Przyszedł więc upragniony dzień wyjazdu. Na godzinę 2:00 w nocy zaplanowany był przyjazd busa. Nikt jednak nie odezwał się czy bus ma ewentualne opóźnienie o 15 minut i jest już w drodze. Nic z tych rzeczy. Głuchy telefon. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy zabukowałem przewóz w odpowiedniej firmie. Wszystko się zgadzało. Nieco spokojniejszy wyszedłem z domu i podczas ciepłej letniej nocy cierpliwie czekałem na rzeczony bus. Jednak moja cierpliwość miała być tej nocy wystawiona na ciężką próbę. Po godzinie 2:00 zadzwoniłem więc do firmy i usłyszałem, że bus zaraz przyjedzie. Owo zaraz przeciągnęło się do godz. 2:30. Zadzwoniłem więc po raz drugi i usłyszałem, że nie mogą się dodzwonić do kierowcy. Czekałem więc, choć coraz bardziej zacząłem wątpić, czy moje czekanie na coś się zda. Zadzwonił telefon. Uradowany  mówię słucham. W odpowiedzi słyszę, że kierowca gdzieś się podział, i za pół godziny przyjedzie po mnie...

Lekcja polityki

 W środę rano 10-09-br nie musieliśmy pić porannej kawy na przebudzenie. Wystarczająco mocno obudziła nas wiadomość o ataku rosyjskich dronów na Polskę. Oczywiście usłyszymy od przedstawicieli Kremla, że to nie oni, ale zupełnie ktoś inny i jak zwykle najprzeróżniejsze łgarstwa w których Rosja osiągnęła arcymistrzostwo świata. Pobudka więc była mocna, postawiła nas od razu na nogi niczym zimny poranny prysznic albo mocna kawa. Polskie wojsko zareagowało odpowiednio zestrzeliwując kilka dronów z 19, które wleciały na nasze terytorium. Ale ja nie o tym. Ów atak rosyjskich dronów na Polskę powinien nie tyle nas "postawić na nogi"  co Prezydenta RP - pana Karola Nawrockiego. Prezydenta na stażu politycznym i dyplomatycznym. Mam nadzieję, że ów atak rosyjskich dronów na terytorium Polski, skutecznie skróci staż polityczny nowego prezydenta RP i uzmysłowi, że robienie  briefingów, konferencji prasowych w kraju a szczególnie poza jego granicami nie jest po to, aby "dowalić...

Życzliwość - magia Tatr?

 Jestem w Zakopanem. Nie przyjechałem jednak, aby patrzeć na zatłoczone miasto pod Tatrami, choć przyznać muszę, turysta ciekawy historii miasta, znajdzie tu perły i perełki góralskiej kultury i stylu. Domy w których mieszkali Chałubiński, Sienkiewicz, Żeromski, Witkiewicz czy Karłowicz. Dla chcącego... Ale ja nie o tym. W końcu przyjechałem przede wszystkim odwiedzić Tatry. Wyruszając więc na kolejne przebieżki po Tatrach, szczyty tym razem odpuściłem sobie, nie te lata, nie ta kondycja, nie to zdrowie. Gdy wchodzę na teren TPN i mijam owe tłumy ludzi idących na szlaki, to zastanawiam się jak to się dzieje, że stajemy się dziwnie życzliwi, uśmiechnięci, ustępujący sobie miejsca, pomagający sobie. Jakby Tatry tak nas urzekały, że potrafimy zapomnieć o urazach, nieżyczliwości tak często spotykanej w sklepach, autobusach, na parkingach itd. Wsiadłem do gondoli wyciągu krzesełkowego na Zgorzelisko w Małych Cichych i gdy uniosłem się nad stokiem zacząłem analizować skąd owa życzliwość ...